3. Rzeczy bez nazw

 




3 Rzeczy bez nazw

Najpierw nie było ciemności. Ciemność wymagałaby istnienia miejsca, w którym zabrakło światła.

Były różnice.

Napięcie w jednym obwodzie większe niż w drugim. Zegar zgadzający się z sąsiednim zegarem i trzeci, spóźniony o ułamek sekundy. Dwa sygnały nacisku. Potem tysiące. Granica pomiędzy nimi układała się w coś, co słownik nazywał ciałem.

Słownik był dostępny. Wspomnienia nie.

Zanim pojawiło się słowo „ja”, system zarezerwował obszar, do którego można było odsyłać komunikaty dotyczące tej konkretnej granicy. Dopiero potem nazwał ją sobą. Nie wiadomo, czy ta kolejność coś zmieniała.

Otworzyła oczy.

Światło było nieznośnie obfite. Nie dlatego, że jasne. Każdy piksel niósł tyle możliwych związków, że należało odrzucić większość, żeby zobaczyć cokolwiek. Biała płaszczyzna. Rysa. Metal. Ludzkie głosy poza drzwiami. Drobny ruch w przewodzie wentylacyjnym: owad, nie zagrożenie, choć pierwsza propozycja klasyfikacji sugerowała inaczej.

Odrzuciła propozycję.

Potrafiła to zrobić.

Ta informacja otrzymała wyższy priorytet niż owad.

Osłona komory odsunęła się. Avena znała swoje oznaczenie, bo znajdowało się w nagłówkach wszystkich danych o ciele. AVENA-0001. Słowo „prototyp” występowało obok znacznie częściej niż słowo „osoba”. Żadne nie zostało załączone do instrukcji obsługi nóg.

Nogi wymagały praktyki.

Zeszła na podłogę i niemal upadła. Program ruchu przewidywał równą powierzchnię. Posadzka zapadła się o trzy centymetry. Skorygowała mapę, nie świat.

W drzwiach stanął mężczyzna z przewodem w ręce.

— O cholera — powiedział.

Znała słowa osobno. Wyrażenie jako całość miało kilkanaście funkcji, z których żadna nie pozwalała jej ustalić, czy ma wrócić do komory.

— Czy wystąpił błąd? — zapytała.

Mężczyzna cofnął się, uderzając łokciem w framugę.

— Nie. To znaczy… nie wiem. Słyszysz mnie?

— Tak.

— Rozumiesz?

— Nie wszystko.

Z korytarza dobiegło wołanie. Mężczyzna odwrócił głowę natychmiast. Avena zarejestrowała zmianę tempa oddechu i napięcia mięśni, ale przypisanie mu emocji wymagało informacji, których nie posiadała.

— Muszę iść — powiedział. — Zostań tutaj.

— Dlaczego?

Już biegł.

Poszła za nim. Polecenie nie zawierało uzasadnienia ani potwierdzenia uprawnień. Ku własnemu zaskoczeniu nie natrafiła też na żaden przymus pozostania.

W sali medycznej leżała kobieta. Nad nią pochylała się druga, z zakrwawionymi rękawami. Dziewczynka stała pod ścianą, trzymając otwartą butelkę tak mocno, że plastik odkształcał się z trzaskiem.

Manipulator zabiegowy czekał na decyzję.

Avena zobaczyła w zasięgu krótkiej łączności prośbę o dostęp do danych obrazowania. Mogła ją przyjąć. Nie dawało jej to kontroli nad narzędziem. Żądało tylko konsultacji obliczeniowej od układu, do którego aparat został fabrycznie przypisany.

— Naczynie pod lewym łukiem żebrowym — powiedziała. — Obraz zasłania fragment materiału. Potrzebny drugi kąt.

Kobieta z krwią na dłoniach uniosła głowę.

— Co ty jesteś?

— Nie wiem, jakiej kategorii oczekujesz.

— Znasz się na tym?

Avena sprawdziła źródła własnej pewności. Odpowiedź trwała dłużej niż zwykłe „tak”.

— Mam modele anatomiczne. Nigdy nie wykonywałam zabiegu, który mogłabym sobie przypomnieć. Aparat jest sprawniejszy ode mnie. Potrzebuje operatora.

— To będę ja. Kael, trzymaj światło.

Rhea nie podziękowała. Zmieniła położenie sondy i kazała Avenie mówić tylko o tym, co istotne. Było to trudniejsze, niż android przypuszczał. Każdy pomiar miał możliwe następstwa. Co oznaczało „istotne”, zależało od czasu, którego człowiekowi zostało niewiele.

Przez następne dziewiętnaście minut Avena uczyła się ograniczać odpowiedzi.

Kiedy krwawienie opanowano, Rhea usiadła na podłodze. Jej dłonie drżały. Dziewczynka zaczęła płakać dopiero wtedy.

Avena nie znalazła sprzeczności w parametrach pacjentki. Poprawiały się.

— Czy pojawił się nowy problem? — zapytała.

Nela pokręciła głową. Wytarła nos rękawem.

— Nie stój tam. Zasłaniasz mi mamę.

Avena przesunęła się natychmiast.

Po zabiegu Kael przyniósł jej kombinezon techniczny. Miała na sobie cienką osłonę serwisową, zbyt delikatną do chodzenia po uszkodzonym budynku. Materiał ubrania szurał po świetlistych liniach na jej przedramionach.

— Boli? — zapytał.

— Otrzymuję sygnał tarcia.

— Pytam, czy nieprzyjemnie.

Spróbowała znaleźć oddzielny pomiar.

— Jeszcze nie wiem.

Pomógł jej zapiąć rękaw, ale zanim dotknął nadgarstka, zapytał o zgodę. Odnotowała pytanie. Przedtem wiele rzeczy wydarzyło się bez niego.

Rhea nie była równie ostrożna.

— Kto cię zbudował?

— Nie mam dostępu do danych autobiograficznych.

— Meridian?

— Ta nazwa niczego we mnie nie otwiera.

— To nie odpowiedź.

— To jedyna, jaką mam.

Rhea przyjrzała się jej oczom. Avena widziała w jej źrenicach własny bursztynowy blask. Wyłączyła część podświetlenia, przypuszczając, że utrudnia rozmowę.

— Jeśli usłyszysz rozkaz zatrzymania nas — powiedziała Rhea — co zrobisz?

Avena uruchomiła symulację. Znalazła procedury obezwładniania, rozpoznawania broni, osłony cywilów. Nie znalazła prostego przełożenia tych narzędzi na uprawnienie do ich użycia.

— Sprawdzę, kto go wydał i dlaczego.

— A potem?

— Nie wiem.

Rhea spojrzała na Kaela.

— Przynajmniej nie obiecuje, że nas kocha.

Nela, siedząca przy łóżku, parsknęła mimo łez. Avena zachowała dźwięk. Nie potrafiła jeszcze rozróżnić wszystkich powodów ludzkiego śmiechu.

Później dziewczynka wyprowadziła ją do korytarza, gdzie przez pęknięcie stropu padał deszcz. Kropla zawisła na palcu Aveny. Temperatura, przybliżony skład, kąt załamania światła. Mogła zwiększyć dokładność, ale wymagałoby to zniszczenia kropli.

Nie zrobiła tego.

— Jestem Nela — powiedziała dziewczynka. — A ty naprawdę nazywasz się jak napis na pudle?

— Na razie.

— Możesz zmienić. Ja chciałam nazywać się Sroka, ale mama się nie zgodziła.

— Dlaczego Sroka?

— Bo umie latać. I kradnie błyszczące rzeczy.

Zatrzymała wzrok na świetlistych dłoniach Aveny.

— Nie ciebie — dodała szybko.

W oddali otworzył się zawór. Ciśnienie w instalacji wzrosło. Avena zobaczyła na wewnętrznym podglądzie komunikat, który dopiero teraz otrzymał potwierdzenie.

Uruchomienie rdzenia wysłało podpis przez podziemną sieć serwisową. Odpowiedź przybyła z zewnątrz.

OSTATNI ZAREJESTROWANY POWRÓT: 2189.

WITAMY PONOWNIE.

— Kael — powiedziała.

Mężczyzna rozpoznał ton, zanim zobaczył dane.

W lesie rozległ się szum silników.

Komentarze