11. Pierwsze nie
11 Pierwsze nie
Bren przyszedł do warsztatu z butelką alkoholu i planem, który nie przewidywał picia.
— Rhea przesadza z tymi radami — powiedział. — Zanim wszyscy podniosą ręce, Meridian zdąży im je związać.
Avena siedziała przy ładowarce. Nie mogła pobierać energii z dowolnego gniazda; Kael złożył adapter, który negocjował napięcie ze starszą instalacją. Ładowanie trwało powoli. Jej ciało, tak imponujące podczas krótkiego wysiłku, spędzało większość czasu na cierpliwym przyjmowaniu ograniczeń.
— Czego potrzebujesz? — zapytała.
Bren usiadł naprzeciwko.
— Żebyś zrozumiała, że nie wszyscy tutaj mają czas na jeszcze jedną próbę.
Pokazał jej fotografię. Starsza kobieta stała pod gruszą, z rękami opartymi na biodrach.
— Moja matka. Nie umarła w zamieszkach. Umarła, czekając na transport do zabiegu. System uznał, że szansa powodzenia nie uzasadnia kosztu. Potem znalazłem identyczną operację w dzielnicy zarządu. Tam uzasadniała.
Avena obejrzała zdjęcie bez pośpiechu.
— Przykro mi.
— Wiem, jak to brzmi z twoich ust.
— Jak?
Bren zmieszał się. Nie spodziewał się pytania.
— Jak odpowiedź, którą kazali ci mówić.
— Być może nauczyli mnie jej, zanim tu przyszłam. Nie mam lepszej. Mogę posłuchać.
Opowiedział o matce. O tym, że naprawiała ubrania, gubiła okulary i wierzyła, że urzędnik po drugiej stronie terminala na pewno nie widzi wszystkich danych. Do końca chciała wysłać jeszcze jedno wyjaśnienie.
Avena nie szukała w tej opowieści argumentu przeciw planowi audytu. Przez kilka minut pozwoliła, żeby była po prostu o konkretnej kobiecie.
Potem Bren wyjął niewielki moduł.
— Kael znalazł awaryjne zatrzymanie. Ty podpiszesz żądanie. My zadbamy, żeby w tym czasie nic nie wróciło do normy.
— Co to znaczy?
— Odłączymy rozdzielnię przy zachodniej magistrali.
— Stacja Miry przejdzie na rezerwę.
— Ma rezerwę.
— Na kilka godzin.
— Tyle nam wystarczy.
Avena zobaczyła, że Bren naprawdę w to wierzy. Nie chciał śmierci ojca Miry. Umieścił ją poza obrazem, ponieważ inaczej obraz nie dawał się utrzymać.
— Nie podpiszę.
— Wiesz, ilu ludzi skazujesz na dalsze życie w tym syfie?
— Nie wiem. Nie wiem też, ilu zginie po zatrzymaniu. Dlatego nie mogę udawać, że wybrałam tylko za siebie.
Bren wstał.
— Każda decyzja jest za kogoś. Nawet twoja bezczynność.
— Tak.
Odpowiedź wytrąciła go z rytmu.
— To przestań mówić, jakbyś była czysta.
— Nie powiedziałam tego.
Przez chwilę wyglądało, jakby rzuci modułem o ścianę. Zamiast tego schował go do kieszeni i wyszedł. Avena nie zatrzymała go siłą. Natychmiast powiadomiła Rheę.
Znaleźli Brena przy bramie z trzema ludźmi i sprzętem do uszkodzenia rozdzielni. Rhea stanęła na drodze. Reszta osady zaczęła się budzić. Nikt nie miał ochoty na kolejny spór, ale nie dało się go przespać.
— Rada tego nie zatwierdziła — powiedziała.
— Rada zatwierdziła czekanie.
— Zatwierdziła plan.
— Jej plan. — Wskazał Avenę. — Wczoraj należała do laboratorium. Dziś decyduje, jak mamy odzyskać własne życie.
Rhea nie odwróciła się do androida.
— To ja mówię nie.
Bren trzymał dłoń przy broni. Rhea również. Przez sekundę Avena obliczała możliwość rozdzielenia ich własnym ciałem. W większości wariantów ktoś strzelał. W żadnym nie mogła zagwarantować, że ochroni wszystkich.
Zamiast ruszyć, powiedziała:
— Przy rozdzielni pracuje nocna zmiana. Dwie osoby. Bren wie o jednej.
Sprawdziła to wcześniej z Mirą. Nie był to argument, który rozstrzygał całą sprawę. Był dostatecznie konkretny, żeby jeden z ludzi Brena odsunął się od wózka.
— Mówiłeś, że pusto — powiedział.
— Miało być.
— To nie jest to samo.
Rhea wykorzystała przerwę. Poleciła zabezpieczyć sprzęt w obecności dwóch członków rady. Brena nie zamknęła. Odebrała mu prawo dowodzenia operacją do czasu jawnego rozpatrzenia sprawy.
— Zostajesz albo odchodzisz bez materiałów — powiedziała.
Odszedł z jednym człowiekiem. Dwaj pozostali zostali. Nikt nie klaskał. Osada straciła doświadczonego dowódcę, a Rhea człowieka, który kilka lat wcześniej wyniósł ją z płonącego transportera.
Gdy brama się zamknęła, usiadła na skrzynce.
— Powinnam była zauważyć wcześniej.
Avena stała obok.
— Przyszedł do mnie, bo sądził, że go poprę.
— Przyszedł, bo potrzebował narzędzia, które nie zapyta o drugiego pracownika.
Nie powiedziała tego z triumfem. Wytarła twarz rękawem i wróciła do planowania.
Do drugiej pozostało niecałe półtorej godziny.
Mira mogła utrzymać podstawowe ciśnienie, jeśli audyt ruszy przed wykonaniem blokady. Doma potrzebowała fizycznego pakietu dokumentów: po ogłoszeniu ultimatum miejski system zaczął odrzucać zaszyfrowane przesyłki spoza sieci. Eda znała wejście serwisowe przy archiwum medycznym. Zdecydowała, że pojedzie.
Sawa zaprotestowała. Eda zgodziła się na transport, opiekę i ograniczenie chodzenia. Nie zgodziła się na pozostanie w łóżku tylko dlatego, że inni uznali jej udział za zbyt ryzykowny.
— Nela zostaje tutaj — powiedziała. — I ma wiedzieć, gdzie jadę.
Po raz pierwszy od ucieczki powiedziała córce pełną prawdę, na jaką pozwalał wiek dziecka. Nela słuchała, obracając w dłoniach niedokończony wiatraczek.
— A jeśli znowu nie wrócisz po pracy?
Eda przełknęła ślinę.
— Nie potrafię obiecać, że nic się nie stanie. Mogę obiecać, że tym razem nie będę udawała zwykłego dnia.
Dziewczynka wtuliła twarz w jej zdrowy bok.
Przed wyjazdem Kael wyjaśnił Avenie ostatnią część protokołu. Aktywacja dawała jej tymczasowe prawo rozjemcze. Po zakończeniu mogła zachować je jako centralny zarządca albo przekazać uprawnienia lokalnym węzłom, unieważniając własny certyfikat.
— Unieważnienie jest fizyczne — powiedział. — Jednorazowa struktura w rdzeniu. Po tym nie uruchomisz kolejnego audytu tą drogą.
— Zachowam pamięć?
— Tak. To inny układ. Ale stracisz tę władzę.
Nie był to jeszcze wybór, którego musiała dokonać. Zapamiętała go dokładnie.
Rhea stanęła w drzwiach z trzema kubkami herbaty. Jeden postawiła przed Aveną, po czym zorientowała się, co zrobiła.
— Przyzwyczajenie.
— Mogę go potrzymać.
Przez minutę siedzieli razem. Kubek stygnął w dłoniach androida. Na zewnątrz ktoś otwierał bramę.
Rhea została jeszcze chwilę, kiedy Kael wyszedł po akumulatory. Wyjęła z kieszeni małą zawieszkę, zapięcie od ubrania dziecięcego albo fragment zabawki. Obracała ją w palcach, nie patrząc na Avenę.
— Mój brat miał siedemnaście lat — powiedziała. — Zginął przy przymusowym przenoszeniu osady. Nie chciał puścić psa. Strażnik uznał, że sięga po coś pod kurtką.
Avena nie odezwała się. Wiedziała już, że cisza nie zawsze oznacza brak odpowiedzi.
— Przez lata opowiadałam, że zabił go system. Łatwiej było powiedzieć jedno słowo niż odtworzyć ludzi stojących w kolejce do tej decyzji. Ktoś wyznaczył termin, ktoś nie przysłał transportu dla zwierząt, ktoś ustalił normę ewakuacji na godzinę, ktoś nacisnął spust.
— To nie usuwa odpowiedzialności systemu.
— Nie. Ale pozwalało mi myśleć, że wystarczy go zniszczyć.
Zawieszka była metalową łapą. Jej brzegi wytarły się od wieloletniego dotykania.
— Co stało się z psem?
Rhea podniosła wzrok. Przez moment Avena obawiała się, że zapytała o rzecz niewłaściwą.
— Uciekł. Znaleźliśmy go po trzech dniach. Przez następne dziewięć lat warczał na każdego w mundurze i spał na moim miejscu.
Uśmiechnęła się tak krótko, że człowiek mógłby przeoczyć ten ruch.
— Nazywał się Urząd. Brat mu nadał imię. Mama nienawidziła wołać go na ulicy.
Avena wyobraziła sobie kobietę przywołującą Urząd, który nie zamierza przyjść. Przez chwilę obie się śmiały. Potem Rhea schowała zawieszkę i otarła oczy, zła na własną twarz.
— Nie opowiadam tego, żebyś przyznała mi rację.
— Wiem.
— Właśnie nie wiem, czy wiesz. Umiem wykorzystywać własną krzywdę. Bren też. Człowiek uczy się, co robi wrażenie.
Avena spojrzała na ciemny już kubek herbaty.
— Możesz mieć powód, żeby mnie przekonać, i nadal mówić prawdę.
— A ty możesz się wzruszyć? Czy tylko znaleźć właściwą odpowiedź?
Pytanie padło bez drwiny.
Avena próbowała odpowiedzieć precyzyjnie. W jej wnętrzu opowieść Rhei zmieniła priorytety uwagi, wywołała skojarzenia i sprawiła, że pewne warianty przyszłości stały się trudniejsze do zaakceptowania. Nie potrafiła wykazać, że za tym opisem znajduje się przeżycie. Nie potrafiła też dowieść jego nieobecności.
— Twoja opowieść coś we mnie zmieniła — powiedziała. — Nie wiem, jak to nazwać.
Rhea przyjęła odpowiedź. Kiedy wstała, nie próbowała już ukryć czerwonych oczu.

Komentarze
Prześlij komentarz