1. Dwa litry
1 Dwa litry
Dystrybutor oddał Edzie siedemnaście mililitrów, zanim uznał, że człowiek stojący przed nim już nie istnieje.
Woda ściekła po ściance butelki. Było jej akurat tyle, żeby zwilżyć dno.
Eda przesunęła nadgarstek nad czytnikiem ponownie. W szkle terminala zobaczyła swoją twarz, twarz Neli i zielone litery: PRZENIESIENIE ADMINISTRACYJNE W TOKU. Pod spodem obróciło się kółko, z taką płynnością, na jaką w zachodniej dzielnicy Czternastej nie mogła liczyć żadna fizyczna maszyna.
— Jeszcze raz — powiedziała Nela.
— Widziałam.
— To może z drugiej strony.
Dziewczynka obróciła matce rękę. Eda pozwoliła jej to zrobić. Dziesięcioletnie dzieci miały prawo przez chwilę wierzyć, że błędy świata wynikają z niewłaściwego ustawienia dłoni.
Za nimi kolejka zaszeleściła ubraniami. Mężczyzna z dwoma kanistrami westchnął ostentacyjnie. Miał naprawiane buty, czystą koszulę i minę człowieka, który nie zamierza dopuścić cudzej katastrofy do własnego rozkładu dnia.
— Potrzebuję dwóch litrów — powiedziała Eda do urządzenia. — Dziecko ma gorączkę.
Nie miało. Miało trochę ciepłe czoło, bo biegły, ale Eda chciała wypróbować tę możliwość, zanim skończą jej się inne.
— Świadczenia przysługują w miejscu docelowym — odpowiedział głos ŁAD-u. Był tak dobrze dobrany, że nie dało się powiedzieć, czy należy do kobiety, czy mężczyzny. — Przewidywany czas obsługi odwołania: dziewięć dni.
— Miejsce docelowe jeszcze nie istnieje.
— Świadczenia przysługują w miejscu docelowym.
Eda znała tę odpowiedź. Trzy miesiące wcześniej poprawiała jej interpunkcję.
Pracowała w Archiwum Ciągłości jako korektorka akt. Nie podejmowała decyzji. Nie zmieniała przydziałów. Poprawiała nieczytelne skany, rozdzielała połączone nazwiska, uczyła automat rozpoznawać różnicę między zerem a literą O. Dzięki niej człowiek mógł zostać przesiedlony z poprawnie zapisanym nazwiskiem.
Potem natrafiła na ulicę, przy której mieszkała.
Pierwszy dokument był rozsądny: ocena szczelności magistrali, koszt naprawy, konieczność ewakuacji. Drugi, dołączony pół roku później, przenosił ekipę remontową do ogrodów Meridianu. Trzeci zmieniał nazwę planowanej naprawy na trwałe wygaszenie strefy. Między nimi znajdowała się lista mieszkańców, którzy mieli zostać przeniesieni do lokali o statusie „w budowie”.
Pod dokumentami były nazwiska. Nie podpis ŁAD-u. Nazwiska ludzi.
Teraz jej własne figurowało na liście wcześniej niż pozostałe.
Ktoś zauważył, że czyta.
— Proszę odejść od stanowiska — powiedział dystrybutor.
Mężczyzna za nią stuknął kanistrem o nogę.
Eda odsunęła córkę i wsunęła butelkę do torby. Gdy się odwracała, kobieta w ubraniu szpitalnej pralni zatrzymała ją za rękaw. Nie spojrzała jej w oczy. Przelała do butelki pół własnego przydziału.
— Niech pani nie pokazuje nadgarstka na dworcu — szepnęła. — Dziś sprawdzają wyjazdy.
Eda skinęła głową. Chciała zapamiętać jej twarz, ale kobieta już odwróciła się do kolejki, jakby niczego nie zrobiła.
Nad ulicą, pomiędzy warstwami ruchu, rozbłysło sztuczne niebo Helionu. Był październik roku 2247 i miasto oferowało mieszkańcom błękit o temperaturze barwowej wczesnego czerwca. Naturalnego nieba nie zasłaniała pełna kopuła, tylko sieć filtrów, ekranów i pomostów, lecz z dołu wystarczało to do złudzenia. Eda nie pamiętała, kiedy ostatnio patrzyła w górę bez odruchowego szukania kamery.
Na przystanku Nela spytała:
— Dlaczego pani dała nam wodę, skoro maszyna powiedziała, że nie można?
— Maszyna powiedziała, że nam nie da.
— To co innego?
Eda przytuliła ją zbyt mocno.
— Tak. To co innego.
W Archiwum na ich przyjście czekał mężczyzna naprawiający zamek. Klęczał w przejściu, jedną nogawkę miał mokrą, a śrubki trzymał w zakrętce od słoika. Bez firmowego kombinezonu wyglądał młodziej, niż Eda zapamiętała ze spotkania.
— Pani Zor? — zapytał.
— Umówiliśmy się, że bez nazwisk.
— Właśnie dlatego pytam o złe.
Nie uśmiechnęła się. Mężczyzna natychmiast spoważniał.
— Kael. Tędy. Rhea czeka na końcu.
Był dawnym technikiem Meridianu. To jemu Eda przekazała pierwszą kopię. Odpowiedział, że same dokumenty są nic niewarte. Korporacja ogłosi je fałszerstwem, jeśli zabraknie łańcucha podpisów. Pełny rejestr można było pobrać tylko z terminala archiwisty, w obecności pracownika, którego dostęp nie został jeszcze wygaszony.
Eda miała do końca zmiany jedenaście minut.
W sali roboczej pachniało klejem i ozonem. Nela usiadła pod biurkiem, tam gdzie dawniej spędzała dni, gdy szkolna opieka odsyłała dzieci z powodu remontu. Matka podała jej cienką książkę o ptakach. Dziewczynka nie otworzyła jej nawet na chwilę.
Rhea stała przy drzwiach. Miała krótko obcięte włosy, bliznę pod uchem i kurtkę bez oznaczeń. Kiedy Eda spytała, czy ma broń, odpowiedziała:
— Mam nadzieję, że nie będzie potrzebna.
Nie była to odpowiedź, która uspokajała.
Kael wsunął przewód pod panel. Na ekranie rozwinęły się adresy, odciski podpisów i daty. Eda znała ich wygląd, ale nie znaczenie. Dla niej ważne były słowa: POMINIĘTO KONSULTACJĘ. RYZYKO AKCEPTOWALNE. ODBIORCA NIEUPRAWNIONY DO WGLĄDU.
— Macie? — zapytała.
— Jeszcze rejestr zmian.
— Mówiłeś, że trzy minuty.
— Mówiłem, że co najmniej trzy.
Rhea odsunęła się od drzwi.
— Ktoś idzie.
Kael przestał stukać. Na ekranie, wśród dawnych decyzji technicznych, zobaczył własny identyfikator. Eda zauważyła zmianę w jego twarzy.
— Znasz ten zapis?
— Znam format.
Skłamał nieporadnie. Nie miała czasu tego sprawdzić.
Drzwi uderzyły o blokadę. Rozległ się uprzejmy sygnał prośby o dostęp. Potem drugi, dłuższy.
— Eda Mirek — powiedział głos z korytarza. — Proszę odsunąć się od terminala. Pani córka zostanie objęta opieką.
Nela wyszła spod biurka.
Eda położyła dłoń na czytniku, potwierdzając eksport.
— Właśnie tego się boję — powiedziała.
Rhea strzeliła w zawias drzwi serwisowych. Huk był niepodobny do żadnego dźwięku, jaki Eda znała z filmów: zamknięty w małym pokoju wszedł w zęby i żebra. Kael wyrwał nośnik. Nela krzyczała, lecz Eda słyszała ją jak przez wodę.
Wpadli do korytarza technicznego. Na końcu ktoś podniósł broń. Eda najpierw zobaczyła odprysk ściany, potem poczuła uderzenie pod żebrami. Nie bolało od razu. Przez chwilę wydawało jej się, że zaczepiła o klamkę.
Rhea złapała ją za pas.
— Idziesz. Patrz na mnie. Idziesz.
Kael niósł Nelę i torbę, w której stukała butelka. Wszystko działo się za szybko, żeby Eda zdążyła żałować.
Przy wyjściu do kanałów zobaczyła przez ażurowy podest ogród na dachu niższej wieży. Zraszacze przesuwały srebrne łuki nad ozdobnymi trawami. Woda trafiała na liście, kamienie i pustą ławkę.
Chciała powiedzieć córce, żeby patrzyła przed siebie. Z ust wyszedł jej tylko krótki oddech.

Komentarze
Prześlij komentarz